Wypadałoby.
Wisła, Wisła. Największe zadupie jakie dane mi było oglądać. Jeśli nic się nie zdmieni, mam zamiar więcej tam nie bywać. No chyba, że znów zostanę niemal postawiona pod ścianą i zostanie mi wybór - albo Wisła, albo Wisła.
W każdym razie, pomijając lokalizację centrum, komunikację miejską, a także infrastrukturę miasta i nieprzychylność władz pieszym zmuszonym do wracania na kwaterę ciemną nocą po równie ciemnej szosie, powinnam chyba stwierdzić, że - mimo iż się nie zapowiadało - było epicko.
Wczesnym rankiem dnia bożego wtorku udałam się w podróż z nadzieją, że Wisła jest miastem tak urokliwym, jak niektórzy ją opisują. Już na wjeździe niestety musiałam się rozczarować, ale nic to, "to tylko obrzeża" - pomyślałam sobie. Niestety, centrum nie wyglądało lepiej, rynek zamknięty w jednej uliczce, fontanna i jedna lodziarnia, która jednak zrekompensowała mi całkowicie szok jaki przeżyłam. Tabaczanego Pana Lodziarza serdecznie pozdrawiam.
Środa. Popołudniowy przyjazd ekip, zmuła pod Geovitą, gdzie brakowało fanynek, Heji Norge czy Pedobeara. Tak, byłam zawiedziona. Spodziewałam się raczej tabunu słit-czynastek wyczekujących Gregora od bladego świtu. No nic, trudno, przetrwałam jakoś i to rozczarowanie. Kolejny dzień, który upłynął pod znakiem dreptania w tę i z powrotem co skutkowało zapewne wychodzeniem około 20km dziennie.
Czwartkowego poranka szczerze mówiąc nie pamiętam. Nie pamiętam co robiłyśmy do czasu wyprawy na skocznię celem obejrzenia treningów i kwalifikacji do pierwszego konkursu. No ale trudno, to w końcu na treningu dopiero zauważyłam kurwiki w oczach śledzącego nas już poprzedniego dnia Roberta, a także napalonego na blondynki Toma. To wtedy Grzenia puściła na nas malowniczego focha za równie malowniczy portrecik. To wtedy lał deszcz, przed którym uchronił nas namiot Lotto, a dzięki któremu zyskałam też zajumany ołówek. To wtedy Tajemniczy Aparat Dumy zaczął nas śledzić. Pamiętam za to (nawet całkiem dobrze) hot sześćdziesiąt w Gołębiewskim, kolegę, który koniecznie chciał z nami porozmawiać na jakikolwiek temat, a także wyprawę po prowiant, która skutkowała późniejszym zacumowaniem do amfiteatru, gdzie już czekał na nas nasz sztywny przyjaciel. To wtedy chyba narodziła się idea Polisz Kotleta, wtedy też zlała z nas totalnie Juli, na pytanie czy ma numer do kolegi Ł. Tak, a jeszcze w ten sam wieczór tenże rzeczony kolega postanowił totalnie zwyć ze mnie i mojego sponsora. Dziękuję bardzo.
Piątek, piątek, piątek. Poranek dosyć ciężki. Tak ciężki, że Głoguś musiał do Wisły zamawiać nam pizzę aż z Jeleniej Góry. Nasze ogarnianie trwało wieki, przez co generalnie dzień mega nam się skrócił. Co na skoczni? Tajemniczy Aparat Dumy nadal za nami podąża, dziwni mężczyźni z nami rozmawiają, Grzenia (przynajmniej na mnie) nie jest już obrażona, wręcz przeciwnie chyba, a kurwiki w oczach Roberta powalają mnie na kolana. Jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało.
Sobotniego poranku nie pamiętam, cholera jasna. Ale to chyba znaczy, że nie działo się wtedy nic nadzwyczaj ciekawego. Po południu okazało się, że hot sześćdziesiąt lecący na Gregora naprawdę istnieje, hot czterdziestek jest na skoczni jak mrówek. Borek nie uważa w co wdeptuje swoim laczkiem, co z kolei przypłacił upaćkanymi klapkami. Japonki i winogrona to atrybut władzy, a Tom po skoku ogarnia wszystkie trybuny w poszukiwaniu obiektu do przerżnięcia wieczorem. Norweski bóg seksu wygląda jeszcze bardziej seksownie w ujebanym białym kombinezonie, a 3/4 skoczków chodzi palić za kontenery. Robert lubi kanapki, a Japońcy grać w piłkę. Tajemniczy Aparat Dumy jest jeszcze bardziej tajemniczy.
Po konkursie ogarnianie dupy i wjazd na Gołębia. Lubię Pana Taksówkarza za to, że wozi nas pół darmo i dziwi się jak to możliwe, że poznałyśmy się w internecie. Ano magia facebooka, Panie Kierowco. Tyle dygresji, taxi zawiozło i już go nie ma, zostałyśmy same na pastwę hotelowej obsługi. Co w Gołębiu to zostanie w Gołębiu, tudzież we wspomieniach japońsko-polskich. W każdym razie 'fantastićny skok!' na zawsze takim pozostanie. 'Kuuuuuuuurwa na zdrowie!' z resztą też. A 'Polska biało-cierwoni!' powinna stać się hymnem przyjaźni polsko-skośnej. Butelka Fumihisy niech siedzi tam gdzie siedziała jeśli jest jej tam wygodnie. Japońcy pobyli, pobawili, zdjęcia porobili, pobajerowali, pożegnali się i odjechali w siną dal. Jako, że zostałyśmy niemal same, przeniosłyśmy się do Sofy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wychodząc z toalety ujrzałam wpatrującego się we mnie i oddającego przy tym mocz Lumpa. Przynajmniej teraz wiem, dlaczego przebywał tam wkurat wtedy, kiedy ja. Nie dziwię się chłopakowi, też uciekałabym na księżyc gdybym to zobaczyła. No i zobaczyłam. Aż mi się szkoda zrobiło, że taki chłopak niepodatny jest na alkohol, lubczyk czy inny tajmeniczy miłosny eliksir. Ale trudno, czasem i facet może być psem i polecieć na kości. Drugi piesek z kolei postanowił pomóc nakarmić tego pierwszego, co skutkowało lizaniem dupy i kościom, i owemu samcowi. No nic, psy i kości pojechały do budy, my zostałyśmy w Sofie. Miałam tę wątpliwą przyjemność oglądania pewnej niewiasty dziko piszczącej i rzucającej się na Bogu Ducha winnego Bjoerna, jednak nie równało się to widowisku w Gołębiewskim. O godzinie 4:16 sympatyczny Pan Barman oświadczył, że lokal jest zamykany. Powlokłyśmy się więc do taksówki, która zawiozła nas na kwaterę. Około 5 byłyśmy na miejscu. I nie przeszkadzało mi, że za 2 godziny mój transport odjeżdżał do domu. O 7 nasza kochana Pani Gospodyni postanowiła obudzić mnie z radosną nowiną, że muszę już jechać. W tak opłakanym stanie jak tego poranka dawno nie byłam. Wróciłam czując trochę ulgę, trochę żal. Jakby nie patrzeć, wyjazd udał się niesamowicie. Obyśmy mogły powtórzyć go w składzie powiększonym o Juli. <3

Wesoły Radik Co Rucha Cały Świat w otoczeniu swoich fanek.
Reszta zdjęć na facebooku, tudzież nigdzie. Do wglądu tym, którzy powinni je obejrzeć.
Dziękuję KST/PST za wszystkie chwile spędzone z Wami. Dziękuję Tajemniczemu Aparatowi Dumy za napawanie nas przerażeniem podczas swojej pracy. Dziękuję Robertowi za jego kurwiki. Dziękuję Kotletowi za inspirację do Polisz Kotleta. Dziękuję Villemu za jego istnienie podczas tej LGP. Dziękuję Radikowi za jego wąsa. Dziękuję Panu Lodziarzowi za gofra i uświadomienie mnie, jakim zadupiem jest Wisła. Dziękować mogłabym długo.
Mam nadzieję, że koleżanki Dorota i Barbara wiedzą, że w moich oczach są skończonymi szmatami i dziwkami, do których straciłam całkowity szacunek, jaki próbowałam odbudować podczas tego wyjazdu.
Aha. Mam też nadzieję, że szanowna koleżanka Dorota D. ogarnie się wreszcie i przemyśli to, co robi.
Dziękuję za uwagę i pozdrawiam wszystkich, którzy raczyli zaszczycić Wisłę swoją obecnością podczas minionego weekendu.
_______________________
Sarmacko-pożegnalny miting mega udany. Deko mokry, ale wspaniały, być może trochę dzięki temu. Będziemy tęsknić! <3
Byle do następnego skokowego wypadu. Kocham ten syf.
Sotajumala - Kuolinjulistus