czwartek, 26 sierpnia 2010

Wisła, Wisła, Wisła


Wypadałoby.
Wisła, Wisła. Największe zadupie jakie dane mi było oglądać. Jeśli nic się nie zdmieni, mam zamiar więcej tam nie bywać. No chyba, że znów zostanę niemal postawiona pod ścianą i zostanie mi wybór - albo Wisła, albo Wisła.
W każdym razie, pomijając lokalizację centrum, komunikację miejską, a także infrastrukturę miasta i nieprzychylność władz pieszym zmuszonym do wracania na kwaterę ciemną nocą po równie ciemnej szosie, powinnam chyba stwierdzić, że - mimo iż się nie zapowiadało - było epicko.
Wczesnym rankiem dnia bożego wtorku udałam się w podróż z nadzieją, że Wisła jest miastem tak urokliwym, jak niektórzy ją opisują. Już na wjeździe niestety musiałam się rozczarować, ale nic to, "to tylko obrzeża" - pomyślałam sobie. Niestety, centrum nie wyglądało lepiej, rynek zamknięty w jednej uliczce, fontanna i jedna lodziarnia, która jednak zrekompensowała mi całkowicie szok jaki przeżyłam. Tabaczanego Pana Lodziarza serdecznie pozdrawiam.
Środa. Popołudniowy przyjazd ekip, zmuła pod Geovitą, gdzie brakowało fanynek, Heji Norge czy Pedobeara. Tak, byłam zawiedziona. Spodziewałam się raczej tabunu słit-czynastek wyczekujących Gregora od bladego świtu. No nic, trudno, przetrwałam jakoś i to rozczarowanie. Kolejny dzień, który upłynął pod znakiem dreptania w tę i z powrotem co skutkowało zapewne wychodzeniem około 20km dziennie.
Czwartkowego poranka szczerze mówiąc nie pamiętam. Nie pamiętam co robiłyśmy do czasu wyprawy na skocznię celem obejrzenia treningów i kwalifikacji do pierwszego konkursu. No ale trudno, to w końcu na treningu dopiero zauważyłam kurwiki w oczach śledzącego nas już poprzedniego dnia Roberta, a także napalonego na blondynki Toma. To wtedy Grzenia puściła na nas malowniczego focha za równie malowniczy portrecik. To wtedy lał deszcz, przed którym uchronił nas namiot Lotto, a dzięki któremu zyskałam też zajumany ołówek. To wtedy Tajemniczy Aparat Dumy zaczął nas śledzić. Pamiętam za to (nawet całkiem dobrze) hot sześćdziesiąt w Gołębiewskim, kolegę, który koniecznie chciał z nami porozmawiać na jakikolwiek temat, a także wyprawę po prowiant, która skutkowała późniejszym zacumowaniem do amfiteatru, gdzie już czekał na nas nasz sztywny przyjaciel. To wtedy chyba narodziła się idea Polisz Kotleta, wtedy też zlała z nas totalnie Juli, na pytanie czy ma numer do kolegi Ł. Tak, a jeszcze w ten sam wieczór tenże rzeczony kolega postanowił totalnie zwyć ze mnie i mojego sponsora. Dziękuję bardzo.
Piątek, piątek, piątek. Poranek dosyć ciężki. Tak ciężki, że Głoguś musiał do Wisły zamawiać nam pizzę aż z Jeleniej Góry. Nasze ogarnianie trwało wieki, przez co generalnie dzień mega nam się skrócił. Co na skoczni? Tajemniczy Aparat Dumy nadal za nami podąża, dziwni mężczyźni z nami rozmawiają, Grzenia (przynajmniej na mnie) nie jest już obrażona, wręcz przeciwnie chyba, a kurwiki w oczach Roberta powalają mnie na kolana. Jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało.
Sobotniego poranku nie pamiętam, cholera jasna. Ale to chyba znaczy, że nie działo się wtedy nic nadzwyczaj ciekawego. Po południu okazało się, że hot sześćdziesiąt lecący na Gregora naprawdę istnieje, hot czterdziestek jest na skoczni jak mrówek. Borek nie uważa w co wdeptuje swoim laczkiem, co z kolei przypłacił upaćkanymi klapkami. Japonki i winogrona to atrybut władzy, a Tom po skoku ogarnia wszystkie trybuny w poszukiwaniu obiektu do przerżnięcia wieczorem. Norweski bóg seksu wygląda jeszcze bardziej seksownie w ujebanym białym kombinezonie, a 3/4 skoczków chodzi palić za kontenery. Robert lubi kanapki, a Japońcy grać w piłkę. Tajemniczy Aparat Dumy jest jeszcze bardziej tajemniczy. 
Po konkursie ogarnianie dupy i wjazd na Gołębia. Lubię Pana Taksówkarza za to, że wozi nas pół darmo i dziwi się jak to możliwe, że poznałyśmy się w internecie. Ano magia facebooka, Panie Kierowco. Tyle dygresji, taxi zawiozło i już go nie ma, zostałyśmy same na pastwę hotelowej obsługi. Co w Gołębiu to zostanie w Gołębiu, tudzież we wspomieniach japońsko-polskich. W każdym razie 'fantastićny skok!' na zawsze takim pozostanie. 'Kuuuuuuuurwa na zdrowie!' z resztą też. A 'Polska biało-cierwoni!' powinna stać się hymnem przyjaźni polsko-skośnej. Butelka Fumihisy niech siedzi tam gdzie siedziała jeśli jest jej tam wygodnie. Japońcy pobyli, pobawili, zdjęcia porobili, pobajerowali, pożegnali się i odjechali w siną dal. Jako, że zostałyśmy niemal same, przeniosłyśmy się do Sofy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wychodząc z toalety ujrzałam wpatrującego się we mnie i oddającego przy tym mocz Lumpa. Przynajmniej teraz wiem, dlaczego przebywał tam wkurat wtedy, kiedy ja. Nie dziwię się chłopakowi, też uciekałabym na księżyc gdybym to zobaczyła. No i zobaczyłam. Aż mi się szkoda zrobiło, że taki chłopak niepodatny jest na alkohol, lubczyk czy inny tajmeniczy miłosny eliksir. Ale trudno, czasem i facet może być psem i polecieć na kości. Drugi piesek z kolei postanowił pomóc nakarmić tego pierwszego, co skutkowało lizaniem dupy i kościom, i owemu samcowi. No nic, psy i kości pojechały do budy, my zostałyśmy w Sofie. Miałam tę wątpliwą przyjemność oglądania pewnej niewiasty dziko piszczącej i rzucającej się na Bogu Ducha winnego Bjoerna, jednak nie równało się to widowisku w Gołębiewskim. O godzinie 4:16 sympatyczny Pan Barman oświadczył, że lokal jest zamykany. Powlokłyśmy się więc do taksówki, która zawiozła nas na kwaterę. Około 5 byłyśmy na miejscu. I nie przeszkadzało mi, że za 2 godziny mój transport odjeżdżał do domu. O 7 nasza kochana Pani Gospodyni postanowiła obudzić mnie z radosną nowiną, że muszę już jechać. W tak opłakanym stanie jak tego poranka dawno nie byłam. Wróciłam czując trochę ulgę, trochę żal. Jakby nie patrzeć, wyjazd udał się niesamowicie. Obyśmy mogły powtórzyć go w składzie powiększonym o Juli. <3













Wesoły Radik Co Rucha Cały Świat w otoczeniu swoich fanek.

Reszta zdjęć na facebooku, tudzież nigdzie. Do wglądu tym, którzy powinni je obejrzeć.

Dziękuję KST/PST za wszystkie chwile spędzone z Wami. Dziękuję Tajemniczemu Aparatowi Dumy za napawanie nas przerażeniem podczas swojej pracy. Dziękuję Robertowi za jego kurwiki. Dziękuję Kotletowi za inspirację do Polisz Kotleta. Dziękuję Villemu za jego istnienie podczas tej LGP. Dziękuję Radikowi za jego wąsa. Dziękuję Panu Lodziarzowi za gofra i uświadomienie mnie, jakim zadupiem jest Wisła. Dziękować mogłabym długo.

Mam nadzieję, że koleżanki Dorota i Barbara wiedzą, że w moich oczach są skończonymi szmatami i dziwkami, do których straciłam całkowity szacunek, jaki próbowałam odbudować podczas tego wyjazdu.

Aha. Mam też nadzieję, że szanowna koleżanka Dorota D. ogarnie się wreszcie i przemyśli to, co robi.


Dziękuję za uwagę i pozdrawiam wszystkich, którzy raczyli zaszczycić Wisłę swoją obecnością podczas minionego weekendu.

_______________________
Sarmacko-pożegnalny miting mega udany. Deko mokry, ale wspaniały, być może trochę dzięki temu. Będziemy tęsknić! <3

Byle do następnego skokowego wypadu. Kocham ten syf.


Sotajumala - Kuolinjulistus

piątek, 13 sierpnia 2010

Yksi mätä omena pilaa koko korin.

Tojużzaraz <3

Dawno tak bardzo czegoś nie chciałam. Potrzebuję tego wyjazdu. Ja i skoki. My i skoki. Ja i Wy. My i oni.
Chcę już Was zobaczyć. Wpakować się na naszą kwaterę. Rozpakować walizkę. Usiąść i rozpłakać się, bo marzenie właśnie się spełniło. Chcę wybrać się z Wami na spacer. I wieczorem wypić herbatę, w plastikowym kubku. Jeść zupę w proszku i jogurt na śniadanie, z okazji kaca. Chcę pójść na skocznię. I zrobić tam zdjęcie, z pięknym słońcem w tle. Chcę upić się z Wami, może niekoniecznie do nieprzytomności. Wypadałoby coś pamiętać z wyjazdu. Chcę pośmiać się któregoś wieczora z moich wpadek. I rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać.
Jak tylko wrócę, zaczynam zbierać na kolejny wyjazd. Żeby w przyszłym sezonie więcej czasu spędzić z Wami. I przytachać jakoś Głogowską do Białegostoku, coby wreszcie zobaczyła młode dupy.


To niesamowite, jak szybko ludzie stają się ważni.
Kolejny sarmacki miting. Mega. Oby więcej.
Oby to trwało.
Tego chyba potrzebowałam. Oderwania się od dawnych zwyczajów, poznania nowych.
Tak jest dobrze.
Są dobrzy ludzie.

Byle szala obojętności nie przechyliła się zbyt mocno.
Nie chcę września. To wróci. Jestem tego pewna. Szkoda tych dwóch miesięcy pracy nad swoją psychiką.

Przyjaźń? Być może istnieje. Czy ja jej zaznałam, powiem za jakiś czas.


Nickelback - Never gonna be alone

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Zobojętnienie.

Moja Droga! Bloga tego piszę nie po to, żebyś potem obrzucała mnie publicznie mięsem za to, co tu popełniłam. Raczej piszę go dla ludzi,  którzy czytając go, wiedzą o czym piszę, po co piszę. Którzy są dla mnie ważni. I nie jesteś to Ty.

Tyle słowem wstępu.

Co będę robić za tydzień? Na pewno nie będę spała. Na pewno jeszcze bardziej odczuję tęsknotę. Na pewno będę myślała jak rozwiązać problemy, które spotkam na ulicach Wisły. Na pewno nie będę się mogła doczekać.

Co tu? Tu nic. Zapomniałam. Przynajmniej wmówiłam to sobie do tego stopnia, że na samą wzmiankę karcę się w myślach. Niech ta obojętność trwa.
Nie byłoby jej, gdyby nie oni. Nie umiem za to podziękować. W ogóle nie umiem dziękować. Może się nauczę.

Muszę zawrzeć też część umoralniającą, mimo, że na wielu blogach ostatnio takie wpisy się pojawiały.
Koleżanko. Tak, do Ciebie mówię, wiesz o tym doskonale. Niemal wszyscy wiedzą, co wyprawiasz. Niemal wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak bezmyślnie naśladujesz innych. Lepiej jest być najgorszą wersją siebie, niż najlepszą kopią innych, jeśli jesteś na tyle dojrzała, na ile się kreujesz, to zapewne znasz tę myśl. Zacznij promować siebie, nie zachowania, zainteresowania innych na swojej osobie. Jesteś młoda, daj sobie dorosnąć do pewnych spraw, nie próbuj na siłę stać się rozwiniętą kobietą, która ma niewiadomo jakie pojęcie o życiu, bo to w pełni normalne, że tak nie jest i nie będzie. To przez swoje zachowanie dajesz świadectwo o tym, jak mało jesteś rozwinięta. Nie, nie chcę Cię w żaden sposób obrażać. Stwierdzam fakty. Skoro drobne aluzje nie pomagają, próbuję tutaj, może coś wreszcie do Ciebie dotrze. Jeśli tak się nie stanie, będę chyba zmuszona skorzystać z Twojego nazwiska tu, na blogu, bo to co się dzieje przerasta mnie i moich przyjaciół. Nie jestem w stanie zrozumieć kopiowania znajomych, a co dopiero "znajomych znajomych". Tyle ode mnie. Nie miej do mnie żalu. Bezskutecznie próbujemy pomóc.

Wracając do mnie.
Zatraciłam część uczuć. Obojętność jest fajna tylko czasami. Moje 'tumiwisi' przeraża mnie w zbyt wysokim stopniu.
To cienka linia.
Zbyt cienka.
Już niedługo będzie przekroczona.

Oby 'być'.
Nieistnienie istnieje.


Ensiferum - Finnish Medley

piątek, 6 sierpnia 2010

11.

11 dni. To już zaraz.
Wszystko załatwione.
Prócz zdrowia.
'Nagłych przypadków nie przyjmujemy'.

Wczorajszy miting mega. Mieszanie głowy bigosem, zawszespoko.












Prosto z hardkorowego gryla.

Gdyby Bóg istniał, właśnie bym mu dziękowała. Czasem warto żyć. W chwilach takich jak ta jestem naprawdę szczęśliwa. Nie zadręczam się. Zapominam.

Zaraz przypominam. Dziś znów.
Rządzi mną nostalgia. Nic nie ma sensu.
To tylko sen. Tylko sen. Sen.

Nie mogę się doczekać.
Doczekać się nie mogę.
Doczekać nie mogę się.
Się nie mogę doczekać.

Z nimi na koniec świata. Przyzwyczajam się. Nastrajam się.

Nie ma co się czarować, nie jest dobrze. Jeszcze 3 tygodnie.
Nie ma przyszłości. Jest teraźniejszość. A Ty Annika, jak na złość żyjesz przeszłością. Wspomnienia zabijają.
Nie czytaj tego. I baw się dobrze, póki możesz.

A ja? A ja pojadę do Wisły, wreszcie, nareszcie, w końcu. Ciebie nie chcę tam widzieć. I tak zobaczę. Zamknę się w pokoju, żeby nie musieć się z Tobą spotykać.
W pokoju, w spokoju, w sobie.

Byle do wieczora. Tam jest cicho.


Avenged Sevenfold - Afterlife