niedziela, 20 marca 2011

Kilka(naście) słów na zakończenie.

Do podsumowania sezonu 2010/2011 zbierałam się od Mistrzostw Świata. I się nie pozbierałam. Nie potrafię wyrazić jednym zdaniem tego, co działo się podczas tych kilku miesięcy ze skokami narciarskimi. Chciałam, żeby odszedł w zapomnienie. Nie, niech nie odchodzi. Niech w ogóle go nie będzie, zacznijmy go od nowa.

Kuusamo. Początek końca. Pierwsze konkursy, pierwsze małe radości i smutki. Harri wyrzucony z kadry za 'niecenzuralny gest w stronę jury'. Ville i Matti ratują honor kadry zarówno w konkursie drużynowym jak i indywidualnym. 
Kuopio. Najcudowniejszy, najlepszy, najbardziej wzruszający konkurs, jaki mogłam oglądać. Podwójna wygrana Finów, Ville o 0,1pkt przed Mattim. Nigdy nie zapomnę radości i łez Ville, a jednocześnie jego zaskoczenia swoją znakomitą formą. Zapowiedź lepszych lat fińskiej kadry.
Lillehammer. Drugie i ósme miejsce Ville, a także miejsca w dziesiątce Mattiego napawają optymizmem przed Turniejem Czterech Skoczni. Mimo słabej formy reszty Finów cieszy dobra postawa chociaż dwójki. Tej najważniejszej dwójki.
Engelberg. Podium Mattiego, dobre skoki Ville, progres w polskiej kadrze. Potencjalnie znakomity sezon, tym bardziej, że pierwszy Pekki w fińskiej drużynie. Przy okazji Engelberg okazuje się szczęśliwy dla Olliego, który to wygrywa tam konkurs Pucharu Kontynentalnego.
Turniej Czterech Skoczni. Z optymizmem i wielką radością przystępowałam do konkursu w Oberstdorfie uskrzydlona wygraną Ville w kwalifikacjach. Słabą jego pozycję usprawiedliwiłam potem warunkami, w jakich go puszczono. Szczęściem przez łzy staje się kolejne podium Mattiego. Okazuje się jednocześnie być ostatnią tak dobrą lokatą Fina w całym sezonie. 
Konkurs w GaPa zostanie przeze mnie zapamiętany jako najgorszy w ciągu tych jedenastu sezonów. Paskudny upadek Ville, jeszcze gorsze jego następstwo. Diagnoza po badaniu okazała się być tym, czego nie przewidywałam w najgorszych snach. Nie wyobrażałam sobie, że 1 stycznia 2011 roku, dokładnie miesiąc po pierwszej i jedynej wygranej, na początek nowego roku okaże się, że sezon Ville został definitywnie zakończony. Już parę dni później przeszedł operację, jednak powrót na skocznię w ciągu kilku miesięcy nie napawa optymizmem, przynajmniej nie mnie. GaPa okazało się końcem fińskich skoków w tym sezonie w ogóle. Rozsypka Mattiego, brak kadry na zawody drużynowe, kolejne kontuzje w drużynie, wożenie na zawody zawodników, którzy powinni szlifować formę w Pucharze Kontynentalnym, jednak i tu, i tu nie ma kogo powołać na konkursy. Niewiadome zniknięcie Kaia i Miki, nieuchronnie zbliżające się mistrzostwa... Aż wreszcie nastąpił powrót Janne Happonena. Swoim come backiem Havu przywraca wiarę w dobre skakanie, co zresztą potwierdza w kolejnych konkursach, gdzie spisuje się świetnie.
Nadchodzi Vikersund. Najbardziej przerażająca skocznia, jaką dane było oglądać. Skoki treningowe, ciągłe obniżanie belek przyprawiało mnie o palpitacje serca niemniejsze niż samych zawodników. Nowy rekord świata, imponujący jakby nie patrzeć, jednak już bez tej magii, jaką przedstawia nam Velikanka. Niesamowity rekord Finlandii - USTANE 240m Havu wraca nadzieję i dodaje otuchy przed kolejnymi konkursami. Mimo mojego zmartwienia spowodowanego chwyceniem się przez Fina za nogę po skoku nie myślę o konsekwencjach, jakie lot ten mógł przynieść. Diagnoza? Konieczność przeprowadzenia kolejnego zabiegu, przedwczesny koniec sezonu, powrót do Finlandii w czasie mistrzostw. W fińskiej drużynie zostaje Janne, Olli, Anssi i Matti. Nie tak to wszystko miało wyglądać. 
W tym momencie nie wiem już co napisać. Brakuje słów, żeby opisać co działo się dalej. Ogłoszenie decyzji o zakończeniu kariery Aho w pewnym sensie stanowi gwóźdź do trumny, którą zbudowali sobie złą formą i niesamowitym pechem Finowie. Po drodze niewspomniane przeze mnie odejście Harriego, tego niepokornego, ale utalentowanego lotnika. Dalej mogło być tylko gorzej. Ogólna klasyfikacja? Ósmy Matti, dwudziesty Ville, trzydziesty drugi Havu. W Pucharze Narodów piąte miejsce. Żadnego medalu na Mistrzostwach Świata. Nie taki miał być ten sezon dla Finów.
Po drodze jednak uwaga skupiała się na Polakach, których forma rosła z konkursu na konkurs. Wygrana Kamila w Zakopanem i Klingenthal była w jakimś sensie pocieszeniem po pechu Finów. Podia w konkursach drużynowych i coraz lepsze miejsca w indywidualnych zapowiadały, że lata pracy nad młodymi przynoszą efekty. Bez dwóch zdań konkurs drużynowy na dużej skoczni w Oslo był jednym z najważniejszych w całym sezonie. To po nim swoją decyzję o zakończeniu kariery ogłosił Adam Małysz, zaraz po nim Janne Ahonen. W konkursach indywidualnych ostatnie skoki oddali Andreas Kuettel i Michael Uhrmann. Pozostający w cieniu Primoż Peterka także zdecydował o zawieszeniu nart na kołek. Nastapiła zapowiedź końca jakiegoś dużego, istotnego rozdziału w historii skoków narciarskich.
Aż wreszcie przyszedł dzisiejszy, ostatni konkurs Pucharu Świata w sezonie 2010/2011. I mimo słabych skoków dwóch Finów startujących w zawodach, podium było jednym z najlepszych jakie można było wymarzyć. Trzecia wygrana Kamila, drugie miejsce Roberta, którego przecież tak polubiłam (?) po Letniej Grand Prix w Wiśle i wreszcie trzecia pozycja Adama Małysza, ostatni skok na podium. I żałuję tylko, że w tak pięknym stylu nie udało się zakończyć kariery Janne. Może i niepotrzebnie wracał, rzeczywiście. Zamazał w jakiś sposób obraz swojej wielkości męcząc się w trzeciej i czwartej dziesiątce PŚ. Nie zapominajmy jednak o nim. Niech będzie mistrzem, skoczkiem, który dużymi literami zapisał się w historii tego sportu. Nie umniejszajmy pięciu wygranych w Turnieju Czterech Skoczni, dwóch Kryształowych Kul wygranych w fantastycznym stylu. Żadnych jego sukcesów nie można mu odebrać. Doceńmy wszystkich, którzy odchodzą, a którzy mieli swój wkład w skokach. Nie skupiajmy się tylko na Adamie, bo nie tylko przez jego odejście kończy się era skoczków prawdziwych, skoczków-idoli, skoczków-mentorów, skoczków-autorytetów, skoczków-ludzi, których postawa była wzorem postępowania dla nas dzisiaj, dzięki którym, jako wychowani na tym sporcie, możemy być tym, kim jesteśmy. Nie zapominajmy.

Do zobaczenia na LGP.


Slavko Avsenik - Planica, Planica
Vieraileva Tähti - Sinivalkoiset Taistelee

1 komentarz: